nudy na pudy
Mija kolejny tydzień lata w Anglii, pogody jak nie było tak nie ma (choć czasem zdarzają sie przebłyski). Zorganizowaliśmy pierwszą – skromną – imprezę w naszym mieszkanku. Straty niewielkie, jedna dziura za drzwiami wielkości Indii. (dziurę zrobiła klamka, która wraz z mną i drzwiami wpadła na ścianę po kopniaku otrzymanym od lokalnej mistrzyni Taekwondo... ale na szczęście przypomina sobie ciosy dopiero jak się napije, czyli nie za często.)
Zamrażalnik zaś wiecznie zapchany, co ciekawe, nie mamy w nim jednej gotowej potrawy... żadnych pizz, hamburgerów, chińszczyzny z Icelandu. Króluje surowe mięso, sos do spaghetti (usmażony z samych świeżych warzyw), ośmiornice/kałamarnice (przepraszam, jestem z Polski, nie nauczyli mnie rozróżniać) w pikantnym sosie, no, i oczywiście bigos.
W tą sobotę przyjeżdża łóżko (do samodzielnego składania), więc jutrzejsze popołudnie spędzimy zapewne na praniu wykładziny podłogowej w nieumeblowanej jeszcze sypialni. Cudowny plan jak na piątkowe popołudnie – ale przynajmniej nie trzeba trzymać kciuków żeby pogoda dopisała... hehe.
Zamrażalnik zaś wiecznie zapchany, co ciekawe, nie mamy w nim jednej gotowej potrawy... żadnych pizz, hamburgerów, chińszczyzny z Icelandu. Króluje surowe mięso, sos do spaghetti (usmażony z samych świeżych warzyw), ośmiornice/kałamarnice (przepraszam, jestem z Polski, nie nauczyli mnie rozróżniać) w pikantnym sosie, no, i oczywiście bigos.
W tą sobotę przyjeżdża łóżko (do samodzielnego składania), więc jutrzejsze popołudnie spędzimy zapewne na praniu wykładziny podłogowej w nieumeblowanej jeszcze sypialni. Cudowny plan jak na piątkowe popołudnie – ale przynajmniej nie trzeba trzymać kciuków żeby pogoda dopisała... hehe.


